![]() |
|||||||||
|
Tak bardzo cieszyłem się mając przed sobą perspektywę spędzenia świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku w atmosferze gorącego lata. Czekałem na całe góry wrażeń i miałem nadzieję, że rzeczywistość przejdzie moje najśmielsze marzenia (może jakaś siostrzenica św. Mikołaja w bardzo skąpym bikini - nie wspomnę już o topless). Właściwy czas nadszedł i rzeczywiście przyniósł mnóstwo wrażeń, ale czy było lepiej niż w Ojczyźnie? Odpowiedź - jako to zwykle z odpowiedziami na naiwne pytania jest dość złożona. Po pierwsze nie było lepiej tylko inaczej, a po drugie to kwestia gustu! Koniec grudnia
w Sydney to początek upalnego lata. Ubrani w najlżejsze letnie ciuchy i zlani potem przechadzamy się pośród wystaw sklepowych i zastanawiamy się, co to wszystko tu robi?! Nasze zmysły mówią, że lato mamy tego roku jak trzeba, a jednocześnie za szybą ktoś pracowicie odtworzył (za pomocą lalek i śniegu w sprayu) zimowe sceny z życia prowincji. Dezorientację powiększa fakt, że wszyscy tubylcy zaczynają masowo wyjeżdżać na wakacje na Fidżi (modny kierunek - stosunkowo tanio i z rajską atmosferą tropikalnej wyspy), a telewizja emituje kolędy. Podobnych nam,
zagubionych jest znacznie więcej. Spragnieni swojskości mogą udać się do klubów polskich działających w Sydney. Ostrzegam jednak, że ta opcja przeznaczona jest tylko dla zdesperowanych. Miejsca te przypominają raczej skanseny niż tętniące życiem ośrodki i przyciągają głównie Polaków przybyłych w latach osiemdziesiątych i wcześniej. Imprezy naprawdę warte odwiedzenia ze względu na swoje walory kulturalne można policzyć na palcach jednej ręki. Takie widać zapotrzebowanie i sprzedaje się tylko repertuar wspominkowy... Próba odtworzenia
Wigilii po polsku, w gronie przyjaciół udała się połowicznie - zwyczaje
i tradycje należało odrobinę dopasować do warunków. Sytuacja nie była jednak bez wyjścia!!! Do wigilijnego menu koniecznie włączyć trzeba wyśmienite i super atrakcyjne cenowo wina australijskie oraz wszelkiego rodzaju sałatki z egzotycznych owoców. Co prawda ceny owoców to obok ryb, także miejscowy fenomen (drogo, zdecydowanie za drogo - chociaż w tym klimacie wszystko powinno rosnąć jak na drożdżach!), ale za to wybór jest interesujący. Na deser zaś koniecznie przepyszne i nie tuczące (a przynajmniej nie aż tak...) owocowe lody zrobione z Passion Fruit. Palce lizać i niezawodnie pomaga ukoić żal za makowcem. Kolację spożywamy nieśpiesznie i pocąc się obficie (upał nie przemija długo po ukazaniu się pierwszej gwiazdki), ale za to po zakończonym posiłku biegniemy się wykąpać w oceanie!!! Oczywiście, po taaakiej uczcie pływamy statecznie i brzuchem do góry, ale tylko, gdy nie jesteśmy w stanie wskazującym!!! Każdego napotkanego Mikołaja wciągamy za brodę do wspólnej zabawy - w końcu przeziębić się nie ma szans. Ranek pierwszego
dnia świąt dla większości turystów jest okazją do spotkania na plaży
Bondi. Tego dnia większość z nich wylega nad ocean przystrojona we wszystko, co tylko da się skojarzyć ze świętami. Są więc czapki świętego Mikołaja oraz jego pomocników (nieraz przyodzianych w atrakcyjnie skąpe stroje kąpielowe - sama ich obecność jest dla wielu prezentem...), sztuczne brody, choinki wetknięte w gorący piasek. Za przekąskę służy ciasto na kocyku i nie za dużo, ale zawsze trochę dobrego wina i piwa. W Sydney kultura picia jest bardzo wysoka i nie ma obawy, że będą z tego jakieś kłopoty... Obecni na Bondi Beach mają poczucie uczestnictwa w specjalnym wydarzeniu i z radością wystawiają blade, zamorskie torsy na piekące słońce południowej półkuli. Jeśli jednak przyjrzeć im się dokładniej widać na ich twarzach coś w rodzaju zakłopotania, poczucia braku harmonii. Goście z północnej półkuli rozglądają się wokół siebie z niedowierzaniem - czy nie może nam spaść chociaż odrobina śniegu?!
|
||||||||
|
........................................................................................................................ |
|||||||||