Napisz do nas!

Strona główna

Porady dla podróżników
Australia ogólnie
Sydney domowe i zaciszne
Tysiąc wcieleń plaży
Las w tropiku
Boże Narodzenie na ciepło
Następny postój - 60 km
fotografowanie w Australii
Strony warte odwiedzenia

NA CZARNO

Uda się, czy nie? Wagary + praca ponad dozwolony limit >>więcej...

 
Oz z humorem

"Tips to surviving Australia" + więcej!

 

 

 


Boże Narodzenie na ciepło

Tak bardzo cieszyłem się mając przed sobą perspektywę spędzenia świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku w atmosferze gorącego lata. Czekałem na całe góry wrażeń i miałem nadzieję, że rzeczywistość przejdzie moje najśmielsze marzenia (może jakaś siostrzenica św. Mikołaja w bardzo skąpym bikini - nie wspomnę już o topless). Właściwy czas nadszedł i rzeczywiście przyniósł mnóstwo wrażeń, ale czy było lepiej niż w Ojczyźnie?

Odpowiedź - jako to zwykle z odpowiedziami na naiwne pytania jest dość złożona. Po pierwsze nie było lepiej tylko inaczej, a po drugie to kwestia gustu!

Koniec grudnia w Sydney to początek upalnego lata.
Temperatura raczej nie spada poniżej 25 stopni Celsjusza (co wraz z wilgotnością daje przynajmniej 30 stopni). Święta Bożego Narodzenia, kulturowo wywodzące się z zimnej o tej porze roku Europy, to tradycyjnie najlepszy okres dla wszystkich handlowców. Stają się więc tematem przewodnim okresu wzmożonej sprzedaży, a miasto przystraja się w tonacji choinkowo - zimowej. W trakcie tropikalnego upału wygląda to całkiem nie na miejscu, ale chyba działa, skoro każdego roku ponownie przyozdabia się całe budynki girlandami plastikowych świerków, a w centrum miasta (na Martin Place) staje wysoka na piętnaście metrów sztuczna choinka obwieszona równie sztucznymi bombkami i prezentami. Wokół zaś kręcą się tabuny nieco zmęczonych gorącem świętych Mikołajów.

Ubrani w najlżejsze letnie ciuchy i zlani potem przechadzamy się pośród wystaw sklepowych i zastanawiamy się, co to wszystko tu robi?! Nasze zmysły mówią, że lato mamy tego roku jak trzeba, a jednocześnie za szybą ktoś pracowicie odtworzył (za pomocą lalek i śniegu w sprayu) zimowe sceny z życia prowincji. Dezorientację powiększa fakt, że wszyscy tubylcy zaczynają masowo wyjeżdżać na wakacje na Fidżi (modny kierunek - stosunkowo tanio i z rajską atmosferą tropikalnej wyspy), a telewizja emituje kolędy.

Podobnych nam, zagubionych jest znacznie więcej.
W grudniu do Sydney przyjeżdżają całe tabuny turystów - szczególnie angielskich - pragnących uciec przed europejską zimą.
Jedyną receptą na sytuację jest chyba poddanie się nastrojowi. Ci spragnieni polskiej atmosfery rodzinnego święta będą jednak zawiedzeni. Australijczycy spędzają w rodzinnym gronie raczej tylko pierwsze święto. Następnego dnia pakują manatki i gnają w stronę oceanu, aby nad wodą schronić się przed upałem. Niezwykle popularne staje się także wykupywanie świątecznego śniadania w restauracji. Już za około 50 dolarów udajemy się z najbliższymi do lokalu z obficie zastawionymi stołami (do wyboru, do koloru, ile tylko zdołamy zjeść), a potem tradycyjnie - samochód i najbliższa droga wyjazdowa z miasta. Odtąd, aż do połowy stycznia centrum biznesowe miasta będzie wymarłe choćby krajowi groził największy kryzys...

Spragnieni swojskości mogą udać się do klubów polskich działających w Sydney. Ostrzegam jednak, że ta opcja przeznaczona jest tylko dla zdesperowanych. Miejsca te przypominają raczej skanseny niż tętniące życiem ośrodki i przyciągają głównie Polaków przybyłych w latach osiemdziesiątych i wcześniej. Imprezy naprawdę warte odwiedzenia ze względu na swoje walory kulturalne można policzyć na palcach jednej ręki. Takie widać zapotrzebowanie i sprzedaje się tylko repertuar wspominkowy...

Próba odtworzenia Wigilii po polsku, w gronie przyjaciół udała się połowicznie - zwyczaje i tradycje należało odrobinę dopasować do warunków.
Tradycyjny barszcz był doskonały w smaku, ale ciepła zupa powodowała wzmożone pocenie... Niestety, urządzenia klimatyzacyjne w australijskich domach są wielką rzadkością mimo dokuczliwie gorącego lata. Niech wszyscy wyjeżdżający przygotują się na kilka nieprzespanych, a za to intensywnie przepoconych nocy...
Karpia nie było - ale może to i lepiej, bo wybór pysznych ryb na miejscowym rynku jest ogromny - choć ceny słone jak wody oceanu Biorąc pod uwagę położenie kontynentu i obfitość tamtejszych wód jest to zdumiewające, ale jednak prawdziwe.
Następny gwóźdź programu - sałatka warzywna z majonezem - była równie dobra jak barszcz, ale takie dania w środku lata zawsze spożywa się z duszą na ramieniu.

Sytuacja nie była jednak bez wyjścia!!! Do wigilijnego menu koniecznie włączyć trzeba wyśmienite i super atrakcyjne cenowo wina australijskie oraz wszelkiego rodzaju sałatki z egzotycznych owoców. Co prawda ceny owoców to obok ryb, także miejscowy fenomen (drogo, zdecydowanie za drogo - chociaż w tym klimacie wszystko powinno rosnąć jak na drożdżach!), ale za to wybór jest interesujący. Na deser zaś koniecznie przepyszne i nie tuczące (a przynajmniej nie aż tak...) owocowe lody zrobione z Passion Fruit. Palce lizać i niezawodnie pomaga ukoić żal za makowcem.

Kolację spożywamy nieśpiesznie i pocąc się obficie (upał nie przemija długo po ukazaniu się pierwszej gwiazdki), ale za to po zakończonym posiłku biegniemy się wykąpać w oceanie!!! Oczywiście, po taaakiej uczcie pływamy statecznie i brzuchem do góry, ale tylko, gdy nie jesteśmy w stanie wskazującym!!! Każdego napotkanego Mikołaja wciągamy za brodę do wspólnej zabawy - w końcu przeziębić się nie ma szans.

Ranek pierwszego dnia świąt dla większości turystów jest okazją do spotkania na plaży Bondi.
Plaża i przylegająca do niej dzielnica miasta o tej samej nazwie są zamieszkane przez wielką liczbę obcokrajowców przebywających czasowo w Australii. Są to zarówno studenci, jak i doświadczeni podróżnicy tymczasowo pracujący i oszczędzający na następny etap wyprawy, wreszcie zaś członkowie kultu deski surfingowej (pojawiają się na plaży niezawodnie już od szóstej rano - niezależnie od pogody).

Tego dnia większość z nich wylega nad ocean przystrojona we wszystko, co tylko da się skojarzyć ze świętami. Są więc czapki świętego Mikołaja oraz jego pomocników (nieraz przyodzianych w atrakcyjnie skąpe stroje kąpielowe - sama ich obecność jest dla wielu prezentem...), sztuczne brody, choinki wetknięte w gorący piasek. Za przekąskę służy ciasto na kocyku i nie za dużo, ale zawsze trochę dobrego wina i piwa. W Sydney kultura picia jest bardzo wysoka i nie ma obawy, że będą z tego jakieś kłopoty...

Obecni na Bondi Beach mają poczucie uczestnictwa w specjalnym wydarzeniu i z radością wystawiają blade, zamorskie torsy na piekące słońce południowej półkuli. Jeśli jednak przyjrzeć im się dokładniej widać na ich twarzach coś w rodzaju zakłopotania, poczucia braku harmonii. Goście z północnej półkuli rozglądają się wokół siebie z niedowierzaniem - czy nie może nam spaść chociaż odrobina śniegu?!

 

>> powrót na górę strony

........................................................................................................................
{ australia }
© circa8team